Logo Miasto-Ogród Podkowa Leśna

Podkowa Leśna okiem Krzywickiej

Nie od dziś wiadomo, że Irena Krzywicka była mieszkanką Podkowy Leśnej, a jej „Szklany Dom” lub „Szklana Willa” przy ul. Sosnowej bywał miejscem towarzyskich spotkań literatów i artystów z kręgu Skamandra: Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Antoniego Słonimskiego, Jerzego Andrzejewskiego, Jana Parandowskiego i innych. A jak sama Krzywicka postrzegała Podkowę Leśną? Za sprawą opublikowanego w 1934 roku tekstu na łamach „Wiadomości Literackich” możemy przenieść się do tych wspomnień i obrazów.

Irena Krzywicka, P o d k o w a    L e ś n a

Bystry, oszklony, radośnie szumiący tramwaj ma w sobie coś z torpedy wypuszczonej na inną planetę. Na planetę gdzie upływa moje życie, tak odrębne i gatunkowo różne od życia w Warszawie. Póki krąży, znudzony i senny, po ulicach miasta, jest jeszcze na ziemi. Duszno tu, ciasno, brudno – co chwile przystaje bezsilnie. Na granicy miasta smród, zaduch – strefa piekielna. Ale już stamtąd skok w atmosferę. Hopla, i ziemia pozostała daleko. Czerwony tramwaj zaczyna dygotać z podniecenia. Szczękają w nim wszystkie części metalowe i szklane. Dreszcz i rytm. Wyskoczył w przestrzeń, wali przed siebie, stulony, zwarty w swym oszczędnym kształcie, żre elektryczny prąd i przecina jak pocisk świszczące z bólu powietrze.

Szklany_dom_Krzywickiej Spoglądam, roztargniona i znudzona, przez szybę. Nieistniejący głupi pejzaż podwarszawski – przestrzeń międzyplanetarna, którą należy coprędzej przebyć. Płachty piachu, płachty kartoflisk, smugi jarzyn. Patrzę chwilę, potem biorę książkę. Torpeda huczy, kołysze i zgrzyta. Chwilami staje, dygocząc nerwowo. Stacje, za któremi nic niema, tylko pole albo ugór, czasem parę brzydkich domków, wyrosłych tu i ówdzie, świecących mięsem surowej cegły, o dachu skośnym, nachylonym w jedną stronę, o kształcie jakby przepołowionym. Im dalej od miasta, tem ziemia gorsza: znikają smugi tłustej kaktusowej cebuli, stojących o kiju pomidorów, łbów kapuścianych, a jednocześnie pejzaż poczyna nabierać uroku, barwy, poetyckiej treści. Smutny mur Tworek – dreszcz lęku i niepokoju – a potem już łąki mokre i zielone, nakrapiane białą rzerzuchą i złotym jaskrem. Kępy wierzb wełnistych i olch mieniących się srebrem, a wśród nich krowy, nieruchome, wbite w tło biało-czarnemi plamami.

Wąski pasek mizernego lasu, pierwsze oparcie dla oczu na tym stepie – Komorów. Z obu stron, niby bedłki i muchomory, - domy rosnące z dnia na dzień, gęsto i pośpiesznie, z niczego, z jałowych ugorów, z pól, obsianych żytem. Ulice, wytyczone wśród pustyni, pokrywają się w ciągu tygodni domami. Widzi się jak rosną, jak się tworzą i obrastają zielem i kwiatami.

Potem polska, chłopska, mazowiecka Nowa Wieś, ze śliczną kałużą przy torze, pełną kaczek, polne Otrębusy z podbiegającą bliskosmugą boru, na którego czarnem tle tryskają młodzieńczo jasne gejzery brzóz.

I nagle dookoła toru tłum ciekawych, dziecinnych drzewek, swawolnych krzaczków. Obskoczyły dookołoa, prą niemal do okien pędzącego tramwaju, pragną go bodaj musnąć wesołemi liśćmi, pienią się z obu stron toru różnolitą zielenią.

To już Podkowa. Trochę wysokopiennych  sosen, parę białych willi i stacyjka wśród lasu. Na pozór zwykłe osiedle podwarszawskie, w istocie inna planeta.

Pod nogami elastyczność ziemi a w płucach i w głowie mocna fala zapachu ziół, liści drzew, lasu, kwiatów, ozonu. Chyba nigdzie, poza Pieninami i Tatrami, nie pachnie tak mocno, tak bogato, tak zielnie jak tutaj. Może to wspaniałe i urocze lasy Młochowskie, może właściwy stopień wilgotności (i suchości) powietrza – aromat Podkowy uderza do głowy podniecającym narkotykiem. Teraz prędzej, jaknajprędzej do domu, patrzącego szklaną ścianą na wschód, do ogrodu, gdzie wszystko niemal posadzone, wypielone i podlane własnemi rękami. Przebrać się w najgorszą suknię, zrzucić pantofle, aby pod bosemi stopami poczuć aksamit ciepłych ścieżek, zetrzeć z twarzy niepotrzebny puder, a z ust pomadkę, schamieć w ciągu minuty – znacie tę rozkosz? Zajrzeć do kwoki, nakarmić chlebem indyczkę, z którą się rozmawia jak z psem, uściskać kotkę Wobicę, dać się obskakać suce Dolmie, rzucić kawałek mięsa żółwiowi Nurmiemu – to wszystko są rytualne gesty, które pozwalają przeniknąć w tutejszą rzeczywistość, w tutejszy klimat, w tutejsze szczęście, nieobecne gdzieindziej.

Ogród rosisty, pierwsze własne czereśnie, niepodwiązane jeszcze pomidory (trzeba jeszcze dziś), ostróżki granatowe, niepokojące jak storczyki, na rabacie bylinowej, róża Madame Herriot płonąca jutrzenkowym pąkiem; pióropusze szparagów i perz, wyciągany z iemi, niby druty tajnego, podziemnego telegrafu…

Tu, w Podkowie, a zapewne i w innych osiedlach podwarszawskich wytwarza się osobny i nowy tryb życia. Obcowanie z przyrodą może jeszcze intymniejsze, niż na t.zw. „prawdziwej wsi”, gdzie pracują na ziemi inni, obcy ludzie, o ponurych i niechętnych spojrzeniach, ludzie z których się żyje i którzy o tem dobrze pamiętają. Tu niema zasmucających czworaków, ani – tuż za pięknym dworem – krytych słomą chałup wiejskich, słowem, właśnie w tym wycinku globu niema kwestii społecznej. Każdy tu jest u siebie, odcięty od świata, zamknięty za swoją siatką drucianą niemal hermetycznie, może zbyt hermetycznie, gdyby nie to że miasto tak blisko, z całym swoim niepokojem, obolałością, napięciem myśli, intensywnością istnienia.

Każdy człowiek, mieszkający pod miastem posiada fascynującą podwójność życia, bo cóż wspólnego mogą mieć ze sobą te dwa istnienia: miejskie, asfaltowe, biurowe, kawiarniane i ziemne, ogrodowe, zwierzęce? Ogród, w którym się pracuje, to świat bardzo osobny i pełny, mógłby wypełnić życie… Ale ma się przecie jeszcze to drugie istnienie – miejskie. Tem gorzej? Tem lepiej?

Wieczorem gasną światła kolejno w domkach, zanurzonych zmysłowo w puszystych ogrodach. Tylko na jednym tarasie, przy blasku elektrycznej lampki, stuka maszyna, a chłodny, pachnący wiatr muska schylone czoło. Wieczór dla literata na wsi czy w mieście – początek pracy. Zwłaszcza na wsi. Ręce, trochę spierzchnięte od wody i ziemi, grają na klawiszach maszyny melodję o zmiennym rytmie. Pachnie maciejka. Na murku siedzi popielaty kot i żółtemi oczami patrzy ponuro w noc. Cichy skok – polowanie. Dla niego noc też jest początkiem wysiłku i przygody.

„Wiadomości Literackie” 1934 r., nr 33 (560) , s.4

Irena_Krzywicka_Polona 

powrót do kategorii
Poprzedni Następny

Pozostałe
aktualności